Na stronie używamy cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich wykorzystywanie. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.
ZAMKNIJ X

Przypadki Robinsona Crusoe - treść lektury - strona 18

te słowa, zgodne z najgorętszymi życzeniami moimi, o mało nie rzuciłem się do nóg kapitanowi. Projekt jego trafił mi zupełnie do przekonania, albowiem miałem teraz czym usprawiedliwić moje nieposłuszeństwo i dogodzić chęci podróżowania. Z ochotą więc przystałem na wszystko i w trzy dni potem, korzystając z pomyślnego wiatru, opuściłem ujście Tamizy.


IV.

Podróż do Gwinei. Ryby latające. Pożar morza. Korzystny handel i powrót do Anglii.

Z wyjątkiem gęstej mgły, która nas zaskoczyła w kanale La Manche i o mało nie była przyczyną spotkania się z innym okrętem, zakrytym w tumanie, żegluga odbywała się bardzo pomyślnie. Zaledwie wypłynęliśmy na Ocean Atlantycki, natychmiast mgły ustąpiły. Najpiękniejsza pogoda zajaśniała na niebie. Łagodny wietrzyk wzdymał żagle, igrając z banderą.
Wody oceanu prześlicznym błękitem zachwycały oko, różniąc się od brudnych i mętnych fal Morza Północnego. W przezroczystym ich zwierciadle widziałem mnóstwo ryb rozmaitej wielkości i barwy. Niekiedy przemykała się gromada dużych delfinów igrających wesoło koło okrętu.
Raz nawet sternik, przywoławszy mnie na tył statku, pokazał ogromnego haja czyli ludojada. Majtkowie mieli wielką ochotę go złowić, ale kapitan, nie chcąc tracić próżno drogiego czasu, nie pozwolił na to. Przebywszy zwrotnik i zbliżając się ku wyspom Zielonego Przylądka, zauważyłem, że niebo przybierało coraz ciemniejszą barwę, a powietrze, mimo upałów, cudną tchnęło świeżością. Choroby morskiej nie doświadczałem wcale, rozkosz nieznana ogarnęła całą moją istotę, radość ujrzenia cudownych krain nie dawała mi zasnąć. Żal, chęć przebłagania rodziców i poprawy, całkiem mi wywietrzały z głowy.
Jednego dnia przed południem nagłe gromada ryb podniosła się z morza. Z początku wziąłem je za stado ptaków, lecz kiedy przelatując nad okrętem, kilka